poniedziałek, 26 września 2016

Elisabeth Helland Larsen (tekst), Marine Schneider (illustrasjon), Jeg er Døden


Od jakiego czasu na księgarskich półkach pojawia się dużo książek na temat śmierci. Wynika to nie tylko z mody, ale z zapotrzebowania na tego rodzaju publikacje. Nie jest łatwo rozmawiać z dzieckiem o śmierci. Rodzicie i wychowawcy nie zawsze są w stanie temu sprostać, szczególnie gdy rozmowa przebiega w dramatycznych okolicznościach, np. po śmierci bliskiej osoby. W takich sytuacjach literatura może być ratunkiem. Przeczytanie razem z dzieckiem mądrej książki może pomóc zarówno małym, jak i dużym czytelnikom.
Jeg er Døden (Jestem śmiercią) to książka mądra i napisana z pełną świadomością odbiorcy. Postawiłabym ją na półce „filozoficzne/egzystencjalne” i polecała do przeczytania nie tylko dzieciom. Choć autorka adresuje ją do odbiorców w wieku 9-12 lat, to sądzę, że mamy tu do czynienia z książką dla każdego wieku.
Autorka tekstu zasługuje na uwagę, ponieważ nie jest ona „standardową” pisarką, która zajmuje się wyłącznie pisaniem książek. Elisabeth Helland Larsen jest również, a może przede wszystkim, aktorką, która grała m.in w przedstawieniach dla dzieci. Od ponad dwudziestu jest również związana z organizacją Sykehusklovnene  (Szpitalni klowni), gdzie wciela się w postać klowna o imieniu Bare Babett  i razem z innymi aktorami odwiedza małych pacjentów w norweskich szpitalach. W swojej pracy styka się, co oczywiste, z ciężko chorymi i umierającymi dziećmi. Te doświadczenia pisarki pozwalają zrozumieć zarówno temat książki, jak i jego dojrzały sposób potraktowania.

Bohaterką i narratorką jest Śmierć. Jej wizerunek plastyczny, jak i to, co mówi odbiega od tradycyjnych kulturowych wyobrażeń. Nie mamy tu więc do czynienia z kościotrupem z kosą lub inną równie przerażającą postacią. W książce norweskich autorek śmierć zostaje przedstawiona jako młoda dziewczyna. Jest co prawda ubrana na czarno i ma długie, czarne włosy, ale są w nich wpięte piękne, kolorowe kwiaty. Co więcej Śmierć jeździ na różowym rowerze.  Co do „pracy”, którą wykonuje, to można powiedzieć, że robi to, co przynależy  śmierci, czyli zabiera ludzi i zwierzęta. A jednak nie budzi to przerażenia. W jaki sposób autorkom udało się zniwelować strach przed śmiercią? Z pewnością nie osiągnęły tego tylko przez przyozdobienie jej kwiatami.

Największy lęk budzi w nas to, co nieznane. Śmierć i to, co dzieje się po śmierci wydaje się niewytłumaczalne. W Jeg er Døden główna bohaterka, która jest również narratorem, opowiada o sobie, wyjaśnia czym jest śmierć, a więc ona sama. I przez te wyjaśnienia, częściowo rozumowe, częściowo poetyckie, czytelnik może się oswoić z trudnym tematem. Wyjaśnienia śmierci są głębokie i … prawdziwe.  Prawdziwej jest to, że Śmierć przychodzi do wszystkich: zwierząt i ludzi, istot w różnym wieku, starych i młodych. Odwiedza ich i znajduje bez względu na to, jak ją przyjmują. Przychodzi do tych, którzy zapalają światło i otwierają przed nią drzwi, jak i do tych, którzy zamykają okiennice i próbują się schować.  Śmierć zabiera każdego i towarzyszy każdemu do miejsca przeznaczenia. „Towarzyszenie” wydaje się tutaj kluczowe, bo jest w nim zawarta jakaś głęboka łączność z umierającym i wsparcie.  Ludzie i zwierzęta różnie się zachowują podczas tej drogi, jedni idą odważnie patrząc na Śmierć bez mrugnięcia powiek, ale są też tacy, którzy nie mogą iść i wtedy:

„niosę ich
blisko piersi
nucąc moją przynoszącą bezpieczeństwo melodię”

(„de bærer jeg,
tett inntil brystet
mens jeg nynner
min tryggeste melodi”)



Trudno się bać śmierci, która wykazuje tyle współczucia.
Pojawiają się w tej książce również ważne pytania, które zadajemy sobie w obliczu śmieci, np. czy po śmierci narodzimy się na nowo? Bohaterka książki odpowiada na nie w chyba jedyny możliwy sposób, a mianowicie, że Śmierć każdemu udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania. Wspomniałam, że pojawiają się w tej książce wytłumaczenia logiczne i poetyckie. Do tych pierwszych należy wyjaśnienie, że gdyby śmierć nie zabierała roślin, zwierząt i ludzi, to nie byłoby miejsca na te nowo narodzone. Śmierć jest również siostrą Życia przedstawionego jako dziewczyna  z czarnym kwiatem w brązowych włosach. Śmierć i życie są ze sobą nierozerwalnie związane.

„Życie i ja
Mieszkamy razem
W każdym ciele”.

(Live og jeg
Bor samme
I hver eneste kropp”).

Wyjaśnienie poetyckie, choć może lepiej można by je nazwać je nazwać religijnym/duchowym, mówi o miłości, o tym, że miłość ma wielką moc sprawczą, może zmienić smutek i nienawiść, a także, że miłość nie umiera, nawet wtedy, gdy spotyka Śmierć.

 „Jestem Śmiercią,
częścią życia,
miłości
i ciebie”)

(„Jeg er Døden,
en del av livet,
kjærligheten
og deg”).

Jest w tej książce wiele poezji. Dotyczy to zarówno tekstu, jak i ilustracji, które nadają tej opowieści lekki, jasny i liryczny wyraz.  Marine Schneider stosuje akwarele w pastelowych kolorach, jej świat jest dobry i delikatny. To sprawia, że portret śmierci jest malowany łagodnymi barwami i pociągnięciami.
Książka otrzymała w roku 2016 wyróżnienie w kategorii Najpiękniejszej książki dziecięce, nagrody Visuel przyznawanej przez związek norweskich grafików i ilustratorów Grafill.

Det finnes  mange barnebøker om sorg og død. Det gjelder både Polen og Norge. Dette temaet svarer til en tendens i dagens barne- og ungdomslitteratur, synes jeg.
Elisabeth Helland Larsen mener at vi i nordisk kultur har en unaturlig stor distanse til døden, som tross alt er en høyst naturlig og nødvendig del av livet.
„Jeg tror døden er mer til stede i livet i enkelte andre kulturer. Barn tar del i ritualer og får dermed et mer naturlig og mindre anstrengt forhold til døden. I Jeg er døden har jeg derfor forsøkt en svært håndfast tilnærming til døden. Jeg vil gjerne stikke hull på det tabubelagte temaet ­døden er. Vi trenger ikke å ty til en spurv i en skoeske for å forklare det for barn sa hun.

Men hvordan snakker man med barn om døden? Hvordan forklarer man et barn at noen er død? Det skaper ekstra utfordringer for foreldre , særlig dem som opplever dødsfall i nær familie, hvor også små barn blir sittende med en stor sorg. I dette tilfeller kunne hjelpe en god bok. Akkurat som Jeg er Døden.
I Larsens bok er døden en mørkhåret jente på rosa sykkel. Hun har fargerike  blomster i håret. Selv om hun besøker  og tar folk og dyr, er hun ikke skremmende.

„Jeg er Døden,
en del av livet,
kjærligheten
og deg”.


Når Døden omtalte hvem hun er, bruker hun både logiske og poetiske forklaringer. Boken kan vekke mye spørsmål som engasjerer små og store lesere. Boken er tankevekkende og vakker. Elisabeth Helland Larsen som har ansvar fot tekst er utdannet fra teaterskolen Jacques Lecoq i Paris og jobber som kunstnerisk leder for Sykehusklovnene. Hver dag møter hun alvorlige syke barn blant annet med dem som har kreft.  På grunn av dette tar hun små lesere på alvor, synes jeg.
Illustrasjoner  er lyse og litt naivistiske. Marine Schneider  bruker akvarell som tekniker.  Larsens tekst og Schneiders uttrykksfulle bilder spiller fint sammen. Marine Schneider har fått en diplom i konkurranse Årets vakreste bok i 2016.  I juryens kommentar kan vi lese: «Vare og vakre illustrasjoner til et krevende tema. Hele bokens lyse og fargerike fremtoning underbygger budskapet; at døden er en naturlig del av livet. Fortellergrep og formidling har en god pedagogisk effekt. Et univers som inviterer deg inn og kan gjøre det lettere å snakke om et vanskelig tema. En varm og følsom bok».
Elisabeth Helland Larsen og Marine Schneider har lykkes å skape  en vellykket og viktig barneboka   om døde. De klarte brasene med glans:)

 Elisabeth Helland Larsen (tekst), Marine Schneider (illustrasjon),  Jeg er Døden, Magikon forlag 2015
Język/språk: bokmål
Grupa wiekowa/Alder 9-12 lat/år




piątek, 9 września 2016

Åshild Kanstad Johnsen, Kubbe lager spetakkel


Norweska ilustratorka Åshild Kanstad Johnsen jest znana polskim czytelnikom.  Jej debiutancka książka z roku 2010 Kubbe lager museum ukazała się cztery lata później w polskim tłumaczeniu pod tytułem Pieniek otwiera muzeum.
To historia o sympatycznym zbieraczu i jego babci, która potrafi rozwiązać każdy, nawet najbardziej skomplikowany problem.  Wydawnictwo Dwie Siostry, które wydało książkę w Polsce zareklamowało ją w taki oto sposób: „Przesympatyczny drewniany bohater, zabawne ilustracje pełne szczegółów i urzekająca ciepłym humorem historia to tylko niektóre skarby, które znajdziecie w tej książce”. http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-pieniek_otwiera_muzeum.html

Pieniek był znakomicie przyjęty zarówno w Norwegii, jak i w Polsce. Trudno się dziwić, że po takim debiucie czytelnicy i krytycy w Norwegii mieli apetyt na kolejną, równie dobrą książkę. Muszę przyznać, że Åshild Kanstad Johnsen spełniła te oczekiwania.

 Kubbe lager spetakkel (Pieniek robi raban) z pewnością spodoba się wielu małym czytelnikom. Autorka kontynuuje pomysł z pierwszej książki - dodajmy, że pomysł bardzo dobry - opierający się na zabawnych ilustracjach odwołujących się do dziecięcych upodobań do szczegółów. Na obrazkach możemy zobaczyć mnóstwo przedmiotów, głównie instrumentów, bo rzecz tym razem dotyczy muzyki.
Pieniek i jego przyjaciel Gran (Świerk) oglądają pewnego dnia u babci Pieńka w telewizji program pokazujący orkiestry dęte. Notabene orkiestry są bardzo popularne w Norwegii, wiele szkół posiada swoje własne, w których grają ich uczniowie. Pieniek i Świerk są tak bardzo zafascynowani występem, że zaczynają marzyć o tym, aby grać w orkiestrze. I tu niezastąpiona babcia, podobnie jak w poprzedniej książeczce, znajduje radę. Dzięki niej Pieniek i Świerk dostają się do orkiestry, gdzie życzliwie przyjmuje ich dyrygent, wyjaśniając, że babcia w młodości grała kiedyś w tej samej orkiestrze, a w roku 1928 była mistrzynią ksylofonu. Trudno się dziwić, że dyrygent ma wielkie oczekiwania w stosunku do Pieńka. Jak się jednak okaże pozostaną one całkowicie niespełnione. Niestety wnuczek nie odziedziczył talentu po babci. Co więcej nie jest nawet w stanie nauczyć się grać na trąbce, którą wybrał jako swój instrument. Próby w orkiestrze okazują się bardzo trudne: trzeba zapamiętać imiona wszystkich grających w orkiestrze i opanować nuty. Wszystko to przerasta Pieńka. Dyrygent jednak nie zauważa tych problemów i powierza mu występ solowy.  Mimo pomocy Elsy, przemiłej koleżanki z orkiestry i babci, Pieńkowi nie udaje się wykrzesać żadnych dźwięków ze swojej trąbki. Koncert jest totalną klapą. Dyrygent wyrzuca z orkiestry całą trójkę, czyli Pieńka, Świerka i Elsę.  Ich smutki leczy jednak babcia wpadając na pomysł upieczenia bułeczek. Potem w trakcie zmywania naczyń Pieniek odkrywa, że wszystko jest pełne dźwięków. Dźwięki wydają szklanki, talerze, woda. Cały dom jest pełen muzyki. Pieniek wpada więc na genialny pomysł i z pomocą przyjaciół zbiera domowe przedmioty i robi z nich instrumenty. Jak pokazują obrazki grać można na wszystkim, np. na szczotce, garczkach, a nawet trzepaczką na dywanie. Trójka przyjaciół daje wspaniały koncert i odkrywa nową muzykę. Publiczność jest zachwycona, a mądra i kochająca babcia honoruje małych artystów wspaniałym pucharem. Wyjaśnia przy tym, że nagrodę dostają za to, że tak wspaniale współpracowali razem i że stworzyli nową gałąź muzyki.

Kubbe lager spetakkel to zabawna i ciepła książeczka. Jej bohaterowie są sympatyczni i kreatywni. Jeśli dodać do tego pełne szczegółów i ciekawe obrazki, to otrzymujemy wartościową publikację dla dzieci.
W Norwegii istnieją już interaktywne wersje książeczek o Pieńku, a także gra na  tablet dla dzieci w wieku 2-5 lat, polegająca na sortowaniu i układaniu różnych przedmiotów.



 Åshild Kanstad Johnsen debuterte med Kubbe lager museum i 2010, en morsom og original bok som er solgt til mange land, blant annet til Polen. Boka vakte stor oppmerksomhet da den kom og Johnsen ble omtalt som debutantsensasjon. På grunn av dette mange se fram til å lese neste boka. I 2011 kom Kubbe lager spetakkel. Johnsen skuffet ikke lesere, etter min mening.
Her møter vi igjen Kubbe, en sympatisk og kreativ en liten stubbe. Kubbe og kompisen hans som heter Gran begynne i Bykorpset. Bestemoren til Kubbe som spilte xylofon var en korpsets megastjerne i 1928.  Derfor en dirigent har store forventninger til  Kubbe. Han  har ikke arvet musikals talent av bestemoren hans, dessverre. Selv om han er entusiastisk og ivrig, klarer han ikke spille godt. Øvelse gjør ikke mester. I tillegg setter dirigenten Kubbe til å spille solo. Det kom som lyn fra klar himmel! Selvfølgelig ødela Kubbe en konsert. Kubbe og hans venner Gran og Elsa ble kastet ut av orkestret. Men aldri så galt at det ikke er godt for noe. Til slutt spilte Kubbe og vennene hans en flott konsert. Hvordan er det mulig? Svaret er: Kubbe er oppfinsom og fantasifull.
Både barn og voksne kan kose seg med den sympatiske og kreative  ubbe og de morsomme, detalrike illustrasjonene. Boka finnes også som app, det vil si en interaktiv bok til bruk på nettbrett.

Åshild Kanstad Johnsen, Kubbe lager spetakkel, Gydlendal, 2011
Język/språk: norweski (bokmål)/ norsk (bokmål)
Grupa wiekowa/Alder: 3-6 lat/år


środa, 17 sierpnia 2016

Agnes-Margrethe Bjorvand, Lisa Aisato, Astrid Lindgren


Właściwie jest to tzw. samograj. Mamy tu bowiem biografię o jednej z najwybitniejszych na świecie pisarek dla dzieci, twórczyni tak uwielbianej i kultowej postaci jak Pippi Långstrump. Książkę wydaną starannie, z ładnymi, ale dość konwencjonalnymi ilustracjami.

Tego rodzaju „ bezpieczną książkę marketingową” można jednak zrobić pod względem literackim i plastycznym: źle, przeciętnie, dobrze i bardzo dobrze. Książce Agnes-Margrethe Bjorvand wystawiłabym oceny między dobrze a bardzo dobrze.

Norweska autorka napisała ciekawą, opartą na faktach książkę dla dzieci. Udała się jej rzecz, która wydaje się najtrudniejsza przy pisaniu książek biograficznych dla małych czytelników. A mianowicie dostosowując publikację do odbiorcy, pisarka uniknęła „spłaszczania” i infantylizowania postaci. Astrid Lindgren, która pojawia się na kartach jej książki jest nie tylko mamą Pipi Långstrump, ale również, a może przede wszystkim, człowiekiem, złożoną i wielowymiarową postacią.  Wątek dzieciństwa, co zrozumiałe, został rozbudowany, jednak nie na tyle, aby zaburzyć portret postaci.  Dzieciństwo Astrid Lindgren było radosne, pełne wolności i mocno związane z naturą. Dorosłe życie okazało się natomiast trudne i pełne rozczarowań. W jego opisie autorka nie unika trudnych tematów. Mówi więc o depresji, nieślubnym dziecku, rozwodzie i śmierci najbliższych. Bjorvand robi to z dużym taktem i wyczuciem odbiorcy. Małego czytelnika traktuje z szacunkiem, uznając, że należy mu się nielukrowany, ale też nie nadmiernie odbrązowiony portret postaci.

Budowa książki jest klarowna i ułatwia przyswajanie informacji. Została podzielona na rozdziały, z których każdy podejmuje jakieś zagadnienie lub ważne wydarzenie z życia pisarki. Wszystkie rozdziały składają się z trzech części: tekstu narracyjnego, cytatu z książek lub wypowiedzi Lindgren i części nazwanej „Vet du hva?” (Czy wież, że), gdzie znajdują się różne ciekawostki, które mogą być interesujące nie tylko dla małego czytelnika. Na przykład w rozdziale pt. Natura możemy przeczytać, że Astrid Lindgren kochała wspinać się na drzewa. Robiła do późnej starości, mawiając „W Biblii nic o tym, że starsze panie nie mogą wspinać się na drzewa!” („Det står vel ikke i Bibelen at gamle damer ikke kan klatre i trær!”).
Na końcu książki znajduje się kalendarium, gdzie lubiący daty i porządek czytelnicy mogą sobie jeszcze raz uporządkować fakty z życia pisarki.

Tekstowi towarzyszą piękne, wykonane techniką akwareli obrazki Lisy Aisato. Ilustracje są realistyczne i dość konserwatywne. Ale dzięki temu, że Aisato odważnie operuje plamą, w całości osiąga ciekawy i „artystyczny” charakter. W przedstawieniu postaci pochodzących z książek Astrid Lindgren Aisato bazuje na ilustracjach z oryginalnych wydań. Nadaje im jednak odrobinę swojego stylu.

Na koniec zacytuję jedną z wypowiedzi Astrid Lindgren, której zadano pytanie, jakie zazwyczaj zadaje się wszystkim autorom książek dla dzieci. Jej odpowiedź jest godna przemyślenia i... uśmiechu.
„Jaka powinna być dobra książka dla dzieci? Jeśli mnie pytasz, to po długich przemyśleniach odpowiem tylko, że: Powinna być dobra­”. („Hvordan skal ei god barnebok være? Hvis du spør meg, så kan jeg etter mye grubling bare svare: Den skal være god­”).



Er det lett å skrive en biografisk bok for barn? Det er ganske lett å skrive  en biografisk bok for yngste leserne. Men det er meget vanskelig å skape en god biografi for dem.

Agnes-Margrethe Bjorvand lykkes å skrive en virkelig god biografien. Forfatterens intensjon er at leseren skal få et bredt kunnskap om verdens mest berømte barneforfatter, Astrid Lindgren. Boka gir leseren kunnskaper om Lindrens lykkelig barndom ensomme ungdom, og voksenliv. Forfatteren ikke unngår vanskelige temaer slik som depresjon, skilsmisse og dødsfall.  Det er fint å se at barn blir tatt på alvor som lesere. Det bildet av Astrid Lindgren som dannes er autentisk og positivt. Boka er delt inn i kapitler etter tematikk eller perioder i Lindgrens liv, den inneholder, anekdoter og sitater. Sitater kommer fra Lingrens bøker eller intervjuer. Noen av dem er morsomme og tankevekkende.

„Hvordan skal ei god barnebok være? Hvis du spør meg, så kan jeg etter mye grubling bare svare: Den skal være god­”.

Bildene av Lisa Aisato er vakre og dekorative. Hvert sideoppslag er illustrert og har en tematisk overskrift. Illustrasjonene er basert på figurene fra de originale bøkene og fotografier av Lindgren. Bruk av vannfarger og akvarellteknikker dominerer, med den vare tegningen i bunn og den utflytende dråpen eller rundingen som særpreg.
Boka fenger mange lesere, og ikke bare i Norge. Dagbladet og andre aviser ga boken terningkast 6. Jeg gir også 6.



Agnes-Margrethe Bjorvand, Lisa Aisato, Cappelen Damm, Astrid Lindgren, 2015
Język/Språk: norweski bokmål/ norsk bokmål
Grupa wiekowa/Alder 6-9 lat/år


środa, 8 czerwca 2016

W Botanisk hage z Małgorzatą Piotrowską. Wywiad.


Małgorzata Piotrowska oswaja wiklinowego konia w Botanisk hage w Oslo, 2016 Zdj. Marta Tomczyk-Maryon.
Tworzenie książki jest jak reżyserowanie, trzeba sobie poradzić zarówno ze słowem jak i z obrazem, a więc panować nad „aktorami”.

Umówiłam się z Małgorzatą Piotrowską na Tøyen, dzielnicy Oslo znanej z dwóch rzeczy Muzeum Muncha i Ogrodu Botanicznego. Ponieważ dzień był piękny, wybrałyśmy to drugie. Lato w Norwegii nie gości zbyt długo, warto cieszyć się każdym promieniem słońca. Małgorzata jak zwykle przyjechała na rowerze, ja metrem. Wkrótce przekroczyłyśmy bramę Ogrodu Botanicznego. Kwitło, pachniało i odurzało. Zagłębiając się w ścieżki szukałyśmy miejsca, gdzie można przysiąść i pogadać. Jednogłośnie zrezygnowałyśmy z ławki i rozsiadłyśmy się na miękkiej, zielonej trawie.

Marta Tomczyk-Maryon: Skończyłaś poważne studia na renomowanej uczelni, czyli warszawską Akademię Sztuk Pięknych na Wydziale Projektowania Graficznego. Dlaczego zajęłaś się ilustrowaniem książek dla dzieci? Czy od początku miałaś taki pomysł na życie i karierę zawodową?

Małgorzata Piotrowska: Oczywiście nie miałam takiego pomysłu. Studiowałam Projektowanie graficzne, czyli plakat w pracowni Macieja Urbańca. Od początku ciągnęło mnie jednak do literatury i obrazu. Mój dyplom to były plakaty, ale wybrałam sentencje z Gogola i Czechowa, które mi się podobały i zrobiłam do nich rysunki. Na przykład do zdania „Każdą rzecz można pogorszyć, chcąc ja uczynić lepszą”. Namalowałam do tego obrazek pięknego jabłuszka, w którym odbijał się ogryzek. W czasie studiów miałam również kontakt z wydawnictwami, dostawałam okładki do zrobienia. Czytałam dużo literatury.  Nie wiedziałam, co chcę robić, ale miałam poczucie, że studia to przeciągnięcie o pięć lat poczucia, że „wszystko mogę”, gdy tak naprawdę potem nie będę mogła już nic.

Czy słowo było dla ciebie równie ważne jak obraz?

Tak. Ważne dla mnie były również teksty piosenek, czyli tzw. poezja śpiewana. Wychowałam się na Młynarskim, Kabarecie Starszych Panów, Grechucie, Magdzie Umer. Słowo było ważne, ale nie słowo powiedziane wprost, tylko takie, za którym kryje się jakaś tajemnica, obietnica. Ale wracając jeszcze do studiów, to Urbaniec mi powiedział, że na pewno będę się zajmować ilustracją. Od razu zauważył moją malarskość, impresjonistyczność.

Wygląda na to, że jesteś „urodzoną ilustratorką”.

Zawsze wydawało mi się, że książka dla dzieci ma duży potencjał, że można w niej mówić o rzeczach ważnych, ale, że można też z przymrużeniem oka schować się za zabawę. A poza tym jestem dużym dzieckiem. To dziecko jest we mnie cały czas. Zawsze byłam zafascynowana ilustracją w książkach dla dzieci. Jak byłam dzieckiem kochałam oglądać, „obwąchiwać” książki.

Jakie cechy ma według ciebie dobra książka dziecięca?

Tak naprawdę wszystko zależy od tego, co lubisz. Będę jednak przy tym trwała, że dobra książka dla dzieci powinna zawierać humor. Nie lubię ciężkich książek dla dzieci, które zmagają się z trudnymi problemami.

- Hei – przerywa nam nagle mężczyzna w uniformie pracownika Ogrodu Botanicznego.

- Hei – odpowiadamy zgodnym chórkiem.

- Beklager at jeg forstyrrer men vil informere at det ikke er lov å sitte på gresset her (Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałem poinformować, że nie wolno tutaj siedzieć na trawie) – mówi mężczyzna.

- Det visste vi ikke (Nie wiedziałyśmy) – odpowiada Małgorzata.

Nie ma rady, przenosimy się na ławkę.

Czasem dobrze zrobić coś niedozwolonego – śmieje się Małgorzata.

- Zdecydowanie – odpowiadam.

Wracając do humoru w książkach – kontynuuje Małgorzata -  to np. humor w ilustracjach, który towarzyszy poważnej książce, może ją łagodzić, nadawać jej jakąś miękkość. Nie myślę tu o humorze typu „parskanie śmiechem”, ale o czymś łagodnym, bardziej subtelnym.

Teraz będzie głupie pytanie: czy trudno zrobić dobrą książkę dla dzieci?

Jakby było łatwo to miałabym same bestsellery (Śmiech).

Gdzie dla ciebie leży największa trudność?

Każda moja książka zaczynała się od jakiegoś impulsu. Przypuszczam, że tak samo jest z pisaniem. Wychodzę od jakiejś jednej sytuacji, która się stopniowo sama rozwija. Często sobie coś tam notuję, szkicuję. I nagle, stopniowo, z jednego spontanicznie zapisanego szkicu buduje się historia. Ale na tym polega trudność, na ułożeniu wciągającej historii. Książka powinna mieć swoje tempo, punkty dramaturgiczne, powinna być zbudowana trochę filmowo. Tworzenie książki jest jak reżyserowanie, bo trzeba sobie poradzić zarówno ze słowem, jak i z obrazem, a więc panować nad „aktorami”.

Jak wyglądają kolejne etapy pracy nad książką? Powiedziałeś już, że zaczynasz od impulsu/ pomysłu, który rozwijasz robiąc szkice i notatki. Co dzieje się potem? I tu zawiera się pytanie: co jest pierwsze tekst czy ilustracja?

Zaczynam od ilustracji. Często robię np. trzy rysunki, a nie piszę jeszcze żadnego tekstu. Tekst zaczynam budować, gdy wchodzę w ten świat. Szukam historii w obrazkach. Dużo dzieje się podświadomie,  do obrazków wkładam nieuświadamiane treści, które zaczynają „grać” i są przeze mnie stopniowo odkrywane i „przenoszone”, rozwijane w tekście. Trudno to jednak opowiedzieć, bo pracuje się różnie nad różnymi książkami. Na przykład moja pierwsza książka Oliwier wśród ptaków (Oliver hos fuglene)  http://trolleimisie.blogspot.no/2015/07/magorzata-piotrowska-oliver-hos-fuglene.html powstała tak, że robiłam najpierw swoje dorosłe obrazki. Eksperymentowałam z akwarelą, skrobałam, dłubałam. Tworzyłam surrealistyczny świat.  W końcu pomyślałam, że fajnie byłoby zrobić książkę dla dzieci. Idąc za swoimi pomysłami wykorzystałam motyw snu i poetykę bajki.  

W jaki sposób zamieszkanie w Norwegii wpłynęło na twoją twórczość?
Po przeprowadzce do Norwegii, zaczęłam myśleć, że w książkach dla dzieci nie musi istnieć tylko bajkowy świat. Pogodziłam się z tym, że książki mogą być osadzone w codzienności, rzeczywistości. I że w tym też można szukać poezji i głębi transcendentalnej. Mieszkasz tutaj i zaczynasz patrzeć. W każdym miejscu coś nowego ci się otwiera. Uświadamiasz sobie coś, o czym nie myślałaś wcześniej.

Zaczynasz nasiąkać norweskością, również poprzez wrażenia wzrokowe. W moich obrazkach pojawiły się klimaty norweskie: morza, lasy, góry. Norwegia ma krajobrazy bajkowe, więc rozbudowuje wyobraźnię. Jeśli pojedziesz na norweską prowincję zobaczysz jak morze spotyka się z niebem, zobaczysz wodospady, mgły. Wcześniej tego nie widziałam, nie miałam olśnień czymś tak takim bajecznym. Na przykład niezwykłym światłem, jakie tu jest, tym, co się dzieje podczas białych nocy, gdy niebo jest niemal białe a kontury wszystkiego są czarne, i że to wszystko odbija się w wodzie. Jasne niebo i czarne kontury. Że zachód słońca jest kontrastowy, ostry. Jak człowiek jest wzrokowcem, to wchłania w siebie wszystkie obrazy.
Ale w Norwegii przeszło całe moje dorosłe życie, tutaj dojrzałam, stałam się mamą, patrzyłam jak moje dziecko się rozwija, jakich ma kolegów, jak dzieci tutaj się zachowują. Wszystkim tym nasiąkasz i potem wkładasz bardziej lub mniej podświadomie w swoje książki.

Czy na przestrzeni lat zmieniała się twoja technika?

Tak, zmieniała się. Najpierw byłam zafascynowana akwarelą. Płynące akwarele zaczęły się jeszcze w Polsce, gdzie udało mi się zrobić jedną książkę dla dzieci. Zilustrowałam baśnie hiszpańskie pt. Cztery pomarańcze miłości (aut. Carmen Bravo-Villasante , wydane w r. 1987). Było to niestety wydane na fatalnym papierze, jednak ilustracje stworzone techniką płynącej akwareli wyszły dobrze. Z czasem zaczęłam jednak chcieć panować nad farbą. Może wynikało to z cech mojego charakteru, z tego, że zaczęłam lepiej panować nad swoim życiem (śmiech)? Chciałam wykorzystywać tę technikę bardziej świadomie, a więc,  że pozwolę płynąć tej wodzie, ale nie do końca, że w pewnym momencie ją zatrzymam. A potem zaczęłam potrzebować większego kontrastu, uderzenia formy, przestałam się bać pokazać swoją kreskę. Już jej nie zamazywałam, jak wcześniej, gdy  pracowałam bardzo cienkim rapidografem z tuszem w środku, tak żeby te kontury i kreseczki znikały. Był cień, rozlewanki, ale kreski nie było widać. W ostatnim czasie pojawia się więc kreska i zamaszystość. I to mi się bardzo podoba, bo pomaga grać na bardzo różnych strunach, znajdować mocne akordy. Często buduje to  fajną narrację.

Czy ciągnie cię do coraz bardziej popularnych obecnie technik komputerowych?

Tak, ale obawiam się, że mogłabym się wciągnąć w efekciarstwo. Poza tym lubię kontakt z kartką, wycinanie, kolaże, naklejanie, lubię się taplać w farbkach i tarzać w ścinkach papieru.

Lubisz czuć tworzywo…

Lubię i przez to czasem znajduję w pościeli jakąś wyciętą postać, który mi zginęła i, na szukanie której straciłam godzinę (śmiech), a potem niespodziewanie odkrywam ją na poduszce, albo kot ją gdzieś wywlókł na swojej sierści. Na przykład wczoraj mój kot pojawił się z wyciętym kocim okiem na ogonie, oko kocie pięknie się na ogonie przykleiło, więc miałam przed sobą ogon, który na mnie patrzył.

Chyba masz temat na nową książkę (śmiech).
Tak w tej sierści wiele się dzieje.

Którą swoją książkę lubisz najbardziej?
Lubię Drzewko (Et tre). http://trolleimisie.blogspot.no/2015/04/magorzata-piotrowska-regnhesten.html Cudnie mi się pracowało przy tej książce, tam też odważyłam się na nową technikę. I zobaczyłam jaką mi to dało frajdę i jakie fajne efekty przyniosło.

Lubię też Krokodyla (Krokodille til jul) link i Świnkę morską (Det lille marsvinet og den store katastrofen i hagen).  Gdzieś tam siedzą pod moimi skrzydełkami wszystkie książki. Wszystkie kocham jednakowo.
Jak dobra mama.

Jestem tą kwoką, która zagarnia je pod swoje skrzydła.
A jakie książki polskich autorów cenisz?

Wychowałam się na Brzechwie, jak podejrzewam każdy z mojego pokolenia. Na Tuwimie trochę mniej. Brzechwę uwielbiałam za jego abstrakcyjny humor, za jego cudowne historyjki i wierszyki. Jedną z moich ulubionych książek była Na wyspach Bergamutach z ponadczasowymi ilustracjami Zamecznika, obrazkami, które tak naprawdę mogłyby być zrobione teraz. Lubiłam też prace Mirosława Pokory. Zilustrował świetna książeczkę Babcia na jabłoni. Oczywiście także Butenko. Niewiarygodne przygody Marka Piegusa, Cyryl gdzie jesteś? Te książki miały trochę kryminału, akcję, dużo humoru, zarówno w tekście jak i ilustracjach. Zawsze lubiłam takie opowieści i może dlatego jestem tradycyjna w moich poglądach na książki dla dzieci. Dlatego mam wątpliwości, co do trudnych, czasem drastycznych tematów, które są obecnie lansowane w literaturze dla dzieci. Zastanawiam się czy one pasują do książek dla dzieci. Choć z drugiej strony, myślę, że jest dla nich miejsce i że takie książki powinny powstawać. Jednak nie należy się dziwić, że nie są pierwszym wyborem czytelniczym.
A co myślisz o współczesnej książce skandynawskiej?

Norwegowie poprzez swój pragmatyzm reagują szybko na to, co się dzieje w codzienności. Zmiany w świecie, aktualne problemy niemal natychmiast pojawiają się w norweskich książkach dla dzieci. Ale jednocześnie norwescy pisarze mówią o tych problemach językiem przystępnym, ciekawym i niepozbawionym dobrej literackości. Podziwiam ich za to, że potrafią oddać istotę problemu, jego ciężar, a przy tym nadać mu pewną lekkość i przyswajalność. Pamiętam piękne słowa Sveina Nyhusa, dotyczące Breivika, które padły w jednym z wywiadów dla polskich czytelników. Zapytano go czy mogłaby powstać książka dla dzieci o kimś takim. Odpowiedział, że tak, bo dzieci o to pytają i trzeba im odpowiedzieć. Wyjaśnił, że dzieciom się mówi, że to jest chory człowiek, że jest to choroba. To takie oswajanie tego problemu. Mnie by to nigdy do głowy nie przyszło, ale szanuję Norwegów za to, że w bestii potrafią się doszukać człowieczeństwa. To głęboki humanizm.

A czy mogłabyś wymienić kilka swoich olśnień wśród książek norweskich?
Na początku były to Fam Ekman i Iben Sandemose. Ich książki były dla mnie objawieniem. Fascynowało mnie to, że eksperymentują a równocześnie potrafią lepić fajne historie. Opowieści, które fascynują również dorosłych. Wtedy nie mówiło się jeszcze o książkach obrazkowych na granicy czytelnika dorosłego i dziecka. To są tak naprawdę książki bezwiekowe. Cieszyłam się na każdą ich nową książką. Olśnieniem był również Per Dybvig, http://trolleimisie.blogspot.no/2016/05/per-dybvig-jegeren-en-fortelling-fra.html http://trolleimisie.blogspot.no/2015/11/bjrn-f-rrvik-per-dybvig-ill-reven-og.html 
jego zamaszysta i gadająca kreska. Potem pojawiały się nowe nazwiska, może nie były to już tak duże fascynacje, ale na pewno ważne nazwiska. Byli to tacy rysownicy jak Svein Nyhus http://trolleimisie.blogspot.no/2015/02/ylvis-svein-nyhus-ill-hva-sier-reven.html i Akin Duzakin http://trolleimisie.blogspot.no/2016/01/jonstein-gaarder-akin-duzakin-anton-og.html. Szczególnie rysunki tureckiego rysownika Duzakina były niezwykłe. Lubię też Ragnara Aalbu http://trolleimisie.blogspot.no/2015/11/bjrn-f-rrvik-ragnar-aalbu-purriot-og.html, którego teksty i ilustracje do mnie trafiają.
Czyli jest to nieustanne odkrywanie?

Dokładnie, przychodzą nowi ludzie i wraz z nimi pojawia się coś nowego. Każdy człowiek, każdy ilustrator coś w tobie zostawia. Podglądamy, uczymy się. I to jest fajne w tym zawodzie, że nie grzęźniesz, tylko cały czas się rozwijasz, cały czas chciałabyś czegoś nowego. A czy życie ci na to pozwala, no, to już jest inna sprawa.
A czy podjęłabyś się karkołomnego zadania porównania polskiej i skandynawskiej literatury dla dzieci? Chodzi mi przede wszystkim o różnicę, bo myślę, że podobieństwa są łatwiejsze do wskazania.

Na pewno polska książka dla dzieci jest lżejszego kalibru niż skandynawska. Bardzo często jest ona „zabawą dla zabawy”.  Jednak teraz np. poprzez kontakty między wydawnictwami i globalizację wszystko zaczyna się przenikać. Efektem tego jest np. pojawianie się trendu edukacyjnego, w Polsce w książkach Myzielińskich, a w Norwegii u Anny Fiske. Książki stają się coraz bardziej interaktywne, czytelnik musi czegoś szukać, coś budować.
A w ogóle to dlaczego książki dla dzieci są ważne?

Są ważne, bo uczą cię świata, najpierw czytać, potem kojarzyć pewne rzeczy, łączyć obraz ze słowem na podstawowym poziomie. Potem pomagają ci formułować swoje myśli, żebyś mógł coraz lepiej komunikować się ze światem. Potrafią również ten świat jakoś tłumaczyć i znaleźć wskazówki. Po prostu cię kształtują i tyle. Zaczynasz umieć mówić, poszerzasz swój język. Uczysz się nowych słów, bo tak jak się pisze w książkach, tak się przecież nie mówi na co dzień. Jako małe dziecko miałam taką zabawę, że wypisywałam sobie słowa, których nie rozumiałam i sprawdzałam je  w wielkim Słowniku wyrazów obcych. Było to zabawne, bo czasem były to słowa łacińskie, albo francuskie i nie za bardzo umiałam je wymawiać. Pamiętam jak kiedyś tata wyśmiał tę moją wymowę. Byłam oburzona, bo jak to używam słowa w dobrym kontekście, a on się ze mnie śmieje?!
Na koniec musi paść pytanie standardowe, czyli nad jaką książką teraz pracujesz?

Nad swoją książeczką autorską. Ale chyba nie mogę zbyt wiele zdradzać. Może tylko tyle, że jest to historia z życia wzięta, o pewnym kocie, który się do nas przyplątał. Ten kot wiele rzeczy mi pokazał, dzięki niemu sporo się dowiedziałam. Już prawie jestem gotowa z ilustracjami, więc książka ukaże się jesienią.

Oczywiście kibicuję i będę o tym pisać na blogu. Chciałam cię jeszcze zapytać o nagrodę, którą niedawno dostałaś, a mianowicie Wybitny Polak w Norwegii w kategorii Kultura. Czym dla ciebie była ta nagroda? http://trolleimisie.blogspot.no/2016/04/nagroda-wybitny-polak-w-norwegii-dla.html

Mówiąc już nie o mojej nagrodzie, ale bardziej ogólnie, to mnie się wydaje, że wszyscy, którzy emigrują z Polski, i którzy jako dorośli ludzie znajdują sobie jakieś miejsce w zupełnie nowym świecie, i którym się przy tym udaje zachować trochę siebie, wszyscy są wybitni.  Jeśli nam się to udaje, to wszyscy jesteśmy wybitni.

Po raz kolejny przekonuję się, że jesteś bardzo skromną osobą.

I tak kończy się ta rozmowa. Siedzimy na ławce z widokiem na kwitnące krzewy i drzewa, z ptasim gadaniem w tle. Czasem warto tylko patrzeć. I czytać, oczywiście.

Oslo, koniec maja 2016.
Zdj. Marta Tomczyk-Maryon.



sobota, 14 maja 2016

Per Dybvig, Jegeren. En fortelling fra skogen


Wielu norweskich krytyków uznało Jegeren za na najlepszą norweską książkę obrazkową roku 2015. W swojej ocenie nie stronią od takich przymiotników, jak: piękna, odkrywcza i genialna. Czym Jegeren zasłużył sobie na tak pochlebne opinie?
Zacznijmy od kilku faktów. Książka jest autorskim projektem Pera Dybviga znanego i nagradzanego ilustratora książek dla dzieci i dorosłych. Jest on m.in. autorem ilustracji do omawianej przeze mnie serii Reven og grisungen http://trolleimisie.blogspot.no/2015/11/bjrn-f-rrvik-per-dybvig-ill-reven-og.html
Tytuł Jegeren. En fortelling fra skogen należy przetłumaczyć jako Myśliwy. Opowieść z lasu.
Książka otrzymała główna nagrodę w konkursie na Najpiękniejszą Książkę Roku przyznawaną przez Graffil (Stowarzyszenie norweskich rysowników i grafików).
Grupa docelowa odbiorców została określona przez wydawcę jako „15+”, co oznacza książkę allalder bildeboka, czyli publikację obrazkową przeznaczoną dla wszystkich grup wiekowych. W praktyce oznacza to jednak książkę dla dorosłych czytelników. Mamy tu więc do czynienia z kolejnym przykładem norweskiej książki obrazkowej dla dorosłych. O gatunku tym pisałam już wcześniej, recenzując Dette snakker man bare med kaniner om http://trolleimisie.blogspot.no/2016/02/anna-hoglund-dette-snakker-man-bare-med.html

Określenie „książka obrazkowa dla dorosłych” oznacza najczęściej ambitny projekt artystyczny. I tak jest w tym przypadku. Jegeren jest jedną z najambitniejszych książek obrazkowych, jakie miałam okazję przeczytać.  Na tak wysoki poziom artystyczny oraz edytorski (książka jest pięknie wydana w ogromnym formacie 23 x 36 cm, papier Munken Print White o gramaturze 150g) miał wpływ fakt, że publikacja dostała dofinasowanie w wysokości 80 000 kr z funduszu Norweskiej Rady Kultury (Norsk kulturrådet). Ten rodzaj wsparcia zapewnia i umożliwia wydawanie w Norwegii książek na wysokim poziomie artystycznym. Prawdę powiedziawszy na tak wysokim poziomie, o jakim większość autorów innych krajach może marzyć.

Poziom artystyczny ilustracji jest mistrzowski, każdy z obrazków mógłby się znaleźć w renomowanej galerii sztuki na całym świecie
Ilustracje pochłonęły mnie bez reszty, przyznaję, że nie mogłam się od nich oderwać. Każdy obrazek zasługuje na uwagę. Czarno-białe ilustracje są wykonane cienkim piórkiem i tuszem, dowodząc maestrii i nieprawdopodobnej precyzji autora. Są one również piękne, Dybli tworzy bowiem własny świat, którego bohaterami są głównie futerkowe zwierzęta. I choć przypominają one zające, psy i ptaki, to w rzeczywistości są hybrydycznymi zwierzętami. Nie mają jednak nic wspólnego z dziwacznymi i nieudanymi hybrydami zwierzaków, jakie często możemy oglądać w internecie. Norweski rysownik jest inteligentny i subtelny. Bez trudu przekonuje czytelników, że jego zwierzęta mogłyby istnieć i mieszkać w lesie.

Ponieważ przy pierwszym spojrzeniu na tę książkę oczarowała mnie uroda i „puchatość” bohaterów oczekiwałam więc  równie „miękkiego” tekstu. Spotkało mnie jednak rozczarowanie, które lepiej nazwać pozytywnym szokiem. „Miękkie” ilustracje są zderzone z bardzo „twardym” tekstem. Zresztą ilustracjom też należy się przyjrzeć dokładniej, aby dostrzec niepokojące szczegóły, które umykają przy pierwszym, nieuważnym kontakcie z książką.

Skromny objętościowo tekst został zapisany odręczną czcionką w dole lewej rozkładówki, nieparzystej strony. Opisuje on stosunki i prawa panujące w lesie: dziwne, które mają się nijak do praw naszego świata. I dlatego nie dziwi fakt, że książka zyskała sobie jeszcze jeden przymiotnik: surrealistyczna. Niektórzy krytycy zwrócili również uwagę na poetykę filmu noir, która wyraża się tu poprzez: krótkie zdania, sekwencje rodem ze starych filmów kryminalnych i przemoc. Ilość przemocy, broni, a także tortur jakimi poddają się zwierzęta i ludzie (a właściwie postacie humanoidalne) jest znacząca. I właśnie to w połączeniu ze „słodziakowatością” zwierzątek wyrywa czytelnika z poczucia bezpieczeństwa i pewności.

W mojej opinii jest to cecha dobrej poezji i wybitnych dzieł sztuki. Ich zadaniem jest wstrząśnięcie, poruszeniem czytelnikiem, które wyrywa z uśpienia i samozadowolenia. W mojej opinii wszelkie takie „wyrwania” sprzyjają myśleniu.
Książka Dybviga sprowokowała mnie do postawienia paru pytań: Czy nasze wyobrażenia na temat zwierząt nie są zbyt schematyczne i ograniczone? Czy tylko człowiek wnosi do świata przemoc? Czy można usunąć z natury przemoc? Czy reguły, które rządzą naszą kulturą są „jedynie słuszne”? Co decyduje, że się im poddajemy?

Jeśli chodzi o twórczo wykorzystane przez autora inspiracje, to oprócz wspomnianych filmów noir, można tu wskazać twórczość Samuela Becketta. Do tych inspiracji autor głośno się nie przyznaje, jednak podczas promocji książki, która było połączona z wystawą ilustracji, powiedziano również o  pewnej rycinie z XVI wieku. Chodzi tu o drzeworyt ucznia Dürera, Georga Pencza: Hasen fangen die Jäger z roku 1535, która przedstawia „świat na opak”, w którym myśliwy jest wieszany na szubienicy przez zające. A może wcale nie jest to świat na opak, tylko wymierzenie słusznej kary? Jako przeciwniczka polowań, mogłabym przyjąć ten punkt widzenia. Oczywiście muszę przyznać, że zające nie są tak miłe i sympatyczne, jak w bajkach dla dzieci. Ale, jak już pisałam, mamy tu do czynienia z propozycją dla dorosłych czytelników. Dodałabym, dla dorosłych i myślących odbiorców.




Jegeren. En fortelling fra skogen er den første boken Per Dybvig både har tegnet og forfattet. Men Dybvig er den prisvinnende og kjente illustratøren som  står bak bøker om Reven og grisungen. http://trolleimisie.blogspot.no/2015/11/bjrn-f-rrvik-per-dybvig-ill-reven-og.html
Jegeren er ikke en barnebok.  Dette er en bildebok for voksne. Bildebøker for voksne er ny  og interresante litteratur tendends som har begynt på 1990-tallet. Jeg har skrevet om Dette snakker man bare med kaniner om  av Anna Höglund. http://trolleimisie.blogspot.no/2016/02/anna-hoglund-dette-snakker-man-bare-med.html
Jegeren ble tildelt prisen Årets Vakreste Boka 2015 av Graffil. Juryen sier:
„Her var det enstemmig begeistring i juryen. Vi ble overveldet over de fantastiske illustrasjonene som kan virke som en sjanger for seg. Formatet og papirvalget gjør at tusjtegningene oppleves som tegnet rett i boken og vi får følelsen av et originalt kunstverk. Det virker ikke som om bildene er skalert opp eller ned, men at det er slik de har blitt tegnet. Vi får en forsmak allerede på omslaget. Den håndskrevne teksten utdyper illustrasjonene og understreker håndverket; selv kolofonen er en fryd for øyet. En fin detalj er fargen på forsatspapiret. Bildene illustrerer den surrealistiske fortellingen og de spenner fra det brutalt makabre til det vakre; fra det mørke til det håpefulle. De er tilsynelatende tilfeldig plassert på siden og den direkte, nervøse streken får figurene til å tre fram på arket og leve fritt. Hvert oppslag blir som et eget poetisk verk. En forunderlig og gripende fabelbok som ikke minner om noe vi har sett før.”

Jeg er helt enig med juryen. Jeg vil gjerne legge til et par ord. Jegeren er en surrealistisk, poetisk og tankevekkende fortelling. Den kan leses som dyskopi: historie om verden i ferd med å ødelegge seg selv. Dessuten boka er inspirert av film noir, Samulet Becktets virke og  tresnitt fra 1500-tallet av en av Albrecht Dürers elever, Georg Pencz Hasen fangen die Jäger.
„I et forord til utstillingen peker redaktøren for bildeboka, Geir Nummedal, på at Dybvigs kunstneriske produksjon de senere år har som forlegg et tresnitt fra 1500-tallet av en av Albrecht Dürers elever, Georg Pencz: «Hasen fangen die Jäger» fra 1535. Det allegoriske bildet viser en jeger som henges opp i et tre. Verdensbildet er snudd på hodet. Byttet hevner seg på jegeren i en verden der harer oppfører seg som mennesker. I bildet ligger en nøkkel til Dybvigs kunstneriske univers, som han de senere år har utforsket gjennom flere utstillinger og tegnede animasjonsfilmer. Det er bilder langt fra hans illustrasjoner for barn til andre forfatteres tekster, selv om den rufsete og nervøse streken fra Bjørn F. Rørviks bøker om Reven og Grisungen av og til kan skimtes”.

(Anne Schäffer , Jeger i målgruppefella http://www.barnebokkritikk.no/jeger-i-malgruppefella/#.VzcE8I9OJ9A).
Georg Pencz, Hasen fangen die Jäger, 1535.

Den absurde, vakre og litt voldsomme fortellingen vekker mange spørsmål som engasjerer og gir noe å tenke videre på. For eksempel: Hva tenker vi om dyr? Kanskje tenker vi altfor skjematisk og begrenset? Hva er egentlig ondskap? Er det bare mennesker som skape ondskpap og vold?
Jegeren. En fortelling fra skogen gjorde sterk inntrykk på meg.
Per Dybvig, Jegeren. En fortelling fra skogen, Cappelen Damm 2015.
Język/språk: norweski (bokmål)/ norsk (bokmål)
Grupa wiekowa/Alder: 15+ lat/år